Odbiór tych samych info przez dorosłych. Otóż pamiętam ze swojego dzieciństwa jak stary do rowerka dopiął mi kółeczka boczne. Dla starych dobrze, bo dziecko się nie wypierdala. Dla dziecka początkowo też, bo jednak nie wyglebiamy, ale... No właśnie. Przychodzi ten moment odpięcia kółeczek. I co się wtedy dzieje? Dziecko, choć starsze to początkowo ciągle się wypierdala na zakrętach. Starzy z pretensjami do dzieci, że są ułomne, bo jak można w takim wieku się wypierdalać na zakrętach kiedy popatrz inne dzieci jeżdżą i się nie obalają. Pamiętam, choć to było dekady temu, że miałem poobdzierane kolana, łokcie, bo nie rozumiałem co dzieje, a stary tego nie ułatwiał przyrównując mnie do debili. Nie mam dziś żadnych problemów komunikacyjnych (prowadzenie różnych pojazdów zwłaszcza dużych (w tym tramwai), łodzi pływających i pewnie jakby mi tam coś jeszcze dali, to bym to poprowadził. Więc ten rowerek to była głupota starego. Jakoś chodziki dla dzieci potrafili wyeliminować z życia, a tych bocznych kółeczek - nie.
Jest tylko drobny szczegół. Mówię to dorosłym - ok. Dopniesz mu kółeczka boczne, zmieniasz prawa fizyki. Tak? No qrwa tak. Dziecko je rejestruje, czyli jak skręcamy w lewo, to pochylamy się (uwaga) w prawo, bo tak qrwa działają kółeczka. Teraz tym samym dorosłym zadaję pytanie. Jak chcesz 5 latkowi wytłumaczyć sensownie, że odpinając boczne kółeczka zmieniasz prawa fizyki i teraz miast przy skręcie w lewo, kiedy odchylał się w prawo, ma pochylić się w lewo. Jak mu to chcesz wytłumaczyć!?I teraz istotna sprawa. Jedynie 811 po moich wywodach (one oczywiście były dłuższe) nie dopięła swoim dzieciom (trójka ich) bocznych kółeczek. Efekt, znacznie wcześniej jak inne dzieci jeździły samodzielnie na rowerkach bez tych pierdolonych bocznych kółeczek.
Ostatnio 979 składał dla córki rowerek, w poprzedniej notce o tym. Mówię do niego to samo. Bardzo spokojnie, bo łon nerwowy, tłumaczę czemu tak, a nie te boczne robię wywody, a finalnie...i tak dopiął te pierdolone boczne kółeczka. Pytam się go. Ona chodzi normalnie czy się przewraca? Ma błędnik zaburzony, nie trzyma równowagi itp. Odp. - nie. Czyli wszystko ok. To czemu sądzisz, że się będzie nieustająco obalała na kole?
Ale co się byda spinoł. Przeca to nie ja się byda wqrwiał jak odepnie jej te kółeczka, a łona na każdym zakręcie zaliczy glebę.
To samo, jak były ciepłe dni, widzę za oknem z bloku. Te małe skurwiele wioskowe jeżdżą na kołach bez bocznych kółeczek, a stary dziany, wyprowadza swoje dziecko na kole, starsze od tych małych skurwieli, z bocznymi kółeczkami. Teraz ja wiem, że te małe skurwiele nie mają tych bocznych kółeczek, bo kupują używane rowerki lub je dostają jako spady po innych już bez tych kółeczek i tak się uczą, przeto są szybciej sprawne, a te morświny od tych dzianych, choć starsze, to jeżdżą jak ułomki z tymi bocznymi. Ciekawe, że starzy nie mają tej refleksji nad tym co robią.
New praca. Mnie to często zaskakują wyzwaniami. Otóż pierwszy dzień pracy i pierwsze wyzwanie. Rano przy śniadaniu odpalam kompa, patrzę co jeździ na linii, a tu deska. No pięknie qrwa. Bardziej się już nie mogli postarać. Oczywiście od razu wdrożyłem plan awaryjny tj. zjazd deską solo na garaż. M. in. do WC i wyjazd po innej linii do początku trasy by się z deską oswoił bez gadów nasz dział transportowy Jak postanowiłem tak zrobiłem. Zmieniałem jakiegoś młodzika. Ubrany regulaminowo - koszula krawat bezrękawnik (pulowerek, czy jak to się tam zwie). Ja oczywiście bez ubrania roboczego. Zebrał się i zostawił mi tą deskę. Posadowiłem się, zapoznanie się z niezbędnymi kneflami i ruszyłem solo na garaż. Jechałem bardziej krętą trasą, by dział transportowy do obliczeń miał wiyncyj poprawnych danych. Na zakrętach d. t. rejestrował jak się wóz zachowuje, ile zachodzi, jak się w nich mieści. Po wchłonięciu danych poszły one do przetwarzania i w ciągu dnia jedynie drobne poprawki były wprowadzane. Raz na zakręcie trochę wszedłem na krawężnik, następnym kółkiem to zostało skorygowane, podobnie w dworcu pod ziemią, trza było dokonać korekty, bo pierwszy przejazd na styk. Reszta bez problemu.
Drugim kursem był już mikol (ten drugi) na wozie, bo oni już się ślinili dawno na samą wieść, że wracam za kółko.
No i fajne zdarzenie pierwszym kursem. Jako że to godz. zmian, to (później się okazało) jechało ze mną 3-ch kierowców po zmianie. Jak to u mnie mega płynna jazda, omijanie dziur, co w wykonaniu naszego d.t. jest normą. I tak jak wysiadali pojedynczo na różnych przystankach, tak każdy przechodząc k/kabiny patrzał się kto powozi z pewnym zdziwieniem, że coś takiego się odbyło.
Drobna dygresja. Jechałem na zmianę i powoził kier. z kato. Znam go z widzenia. Tradycyjnie u nich wszystkie dziury zaliczone, a hamowanie na końcówce przystanku... jak się nie trzymasz to gleba. No i rozumiecie... wsiedli do mnie i w zasadzie nie trza się trzymać rurek i poręczy do tego nie napierdala wozem w dziurach. Ale by nie było wracałem z roboty i jechał młodzik new przegubem z innej zajki i nawet mu to wychodziło, więc jakieś światełko w tunelu na końcu je.
Zdjęcie.
Deska na końcówce trasy.
Korekta na poziomie poziomów dotychczasowych, albo nawet poniżej ostatnich średnich poziomów.
Narka.























