Nie pierwszy raz piszę o tym, że na torach bocznych odstawionych składów (notek) jest f uj. To teraz taka, która przeleżała tam ponad m-c.
To teraz wyjazd weekendowy (30/31-01), na który dałem się wrobić jak dziecko. Otóż przyszły pracodawca zadzwonił i na samym początku pyta się - nie chce Pan zrobić sobie jakiejś dwudniówki?
Na co mu odp. że mogę zrobić. No i tu zaczął referować, że kierowcy brakło godzin i z Wiednia trza będzie auto ściągnąć. Tam jeszcze są dwa rozładunki, jeden załadunek, ale to na 100 km i powrót. Wstępnie jak policzyłem to dwie zrzutki, przerzut na 100 km, to powinno się w jednym dniu zamknąć. No i zgodziłem się. Rozmowa była ok. 10:30. Powiedział jeszcze, że ok. 12:00 będzie więcej wiadomo, bo z kierowcą ustali co i jak, w sensie dokąd dojedzie, to Panu przekażę. Po południu cisza, już myślałem, że to umarło. Dzwoni ok. 17:30 i zaczął podawać szczegóły. Do tej 17:30 już wiedziałem, że zrobiłem błąd iż to w ogóle wziąłem. Jak już podał co i jak, to stw., że jeszcze bardziej dałem się wydymać bez mydła. Tyle, że jestem wypoczęty, bo nie jeżdżę obecnie.
Z tego wszystkiego obliczyłem, że najpóźniej o 21:00 muszę być w łóżku by wstać o 01:05 i mieć te min. 4 h wyspane. Poleciałem do piekarni po chleb na wyjazd. Kanapki i szybkie pakowanie się na dwa dni. Już w trakcie robienia żarcia i pakowania się, co raz bardziej wzbierała we mnie myśl, że jak z tego wyjdę cało, w sensie nic nie zdupię, to będzie cud. Mało tego, świadomość, że mój ang. jest na strasznym poziomie jeszcze bardziej mnie przytłaczała. Z drugiej strony przeca jeżdżą za granicę jakieś mniejsze mózgowce i jakoś se dają radę.
Wyglebiłem ok. 21:05. To się udało zrobić, teraz należało wyłączyć zarząd, który akurat wszedł z powodu całej sytuacji na wysokie obroty i nadal na nich pozostawał. Na tych wysokich obrotach układał pytania do kierowcy, którego miałem zmienić w biegu o wóz, bo przeca każdy jeździ inaczej, a ten to merc, a poprzednio żeśmy zadupiali wolmo. Dwa razy jeszcze wychodziłem z łóżka. Krótko przed 22:00, bo coś tam jeszcze i ok 22:30, bo jeszcze coś tam, a zostawiałem stację dla 254. Zarządu nadal nie udało się wyłączyć i nadal naqrwiał na wysokich obrotach. Do tego dochodziło info, że diametralnie nam się skraca czas na jakikolwiek wypoczynek, po przez sen.
Efekt. W ogóle nie zasnąłem. Przeleżałem lub przeciepałem się w łóżku do 01:05 o której odezwał się budzik, który tylko wyłączyłem. Zarząd nadal był na wysokich obrotach, przeto sprawniej nam się było wyprawić ze st. mac. Ok. 01:25 ruszyłem autem do Tworkowa. Na msc byłem o 03:10. Przyszły szef był już na zewnątrz. Odpalił swoje auto, bemka w suwie, w automacie. Przepakowałem się i ruszyłem. Pierwsze skrzyżo i (to musiało się wydarzyć) odruchem z mojego lewarkowca, wcisnąłem a'la sprzęgło, czyli hamulec w efekcie czego z fotela pasażera cała torba z żarciem znalazła się na podłodze. Dobrze, że 03:20 to było pusto. Teraz ok. Wsiadłem do innego auta, o którym nic nie wiem, a do pokonania 300 km. Fajnie, do tego noc. Pierwsze to po incydencie z siatką, z żarciem zjechałem w pole i zacząłem rozkminiać najważniejsze przyciski, czyli kaj radio się ścisza, kaj ogrzewanie reguluje. Wstępnie udało się to ogarnąć i mogłem ruszyć dalej. Bemka to nie mój wóz, przeto stówka na liczniku to normalna prędkość i taką w większości się poruszałem.
Wiedeń osiągnąłem ok. 06:30 i już przechodziłem kryzys spania. W sumie funkcjonowałem od 10:00 poprzedniego dnia, więc na liczniku miałem już 20 h na nogach. Akurat jak przechodziłem kryzys, to Wiedeńczycy zmierzali do pracy i wszystkie pasy zajęte, ciasno, a ja się przetaczałem między prawą częścią pasa a lewą, przy czym nie wiedziałem co zrobić by otrzeźwieć. Pomyślałem, przyjadę go zmienić, to wyglebię z tyłu na łóżko na przynajmniej 2h. Na wskazany parking dotarłem ok. 07:00. On już tam stał. Podszedłem do wozu, a tam w środku kierowca, który wyglądał trochę jak ogr. Mniejsza, z nim nie będę jechał, ale podwójna obsada z nim, to byłby dramat. Skoro on ogr, to w kabinie wyglądało jak u ogra, choć nowe auto (ok. 40 tysi na liczniku). No ale to nie moje auto, to olać to. Jakoś przemęczę. Natomiast, dobrze że miałem koce i poduszki na fotel, bo to jak on siedział to jakiś dramat. Zresztą gość po zawale, ale nie dziwię się, bo jakbym w takiej pozycji miał jechać po 10 h, też bym zawału dostał. Swoimi rzeczami jakoś wyrównałem fotel do znośnych warunków, choć szału nie było. W trakcie jak zmienialiśmy się zadzwoniła spedytorka, czy już z tym jadę, bo to (uwaga) pilne. Zastanawiałem się, czy ją ktoś poinformował, że inny kierowca siada, czy ona jakaś nieogarnięta.
Z tego wszystkiego zarząd wydał polecenie wyprodukowania zwiększonej ilości adrenaliny i na niej jechałem. Pozadawałem niezbędne dla mnie pytania kierowcy, bo jakoś, przynajmniej na początku, sprawnie tym się poruszać. Ruszyłem. Teraz to dopiero musiał być wystrzał adrenaliny. Całkiem inny wóz, solówka, z tym pierdolonym źle ustawionym fotelem, którego do końca nie udało mi się przestawić, choć później się z tym bawiłem. Inne gabaryty, inna wlk. kabiny itd. Do tego na szybko musiałem oczyścić boczne szyby i lusterka, bo jak u ogra, widoczność tam była na poziomie może 30%. Nwm, jak oni tak jeżdżą.
Nawigacja wbudowana w wóz i na niej ustawiłem pkt. na pierwszą firmę. Wjechałem do jakiejś małej dzielni Wiednia, wąsko, za chwilę jeszcze wężej, a ja tam dużym sprzętem, w końcu jak już się zbliżało jakieś pole, to zjechałem na parking dla osobówek, jeszcze w miarę pusty. Na tel. na google maps ustawiłem adres i porównuję z nawigacją w wozie, a to zupełnie po drugiej stronie miastecka je. Co za shit. Zawróciłem, na szczęście solówką się łatwo zawraca i pojechałem. W firmie moim słabym ang. jakoś się dogadałem, choć oni mieli ang. na podobnym poziomie.
Druga firma. Znowu trafić nie było łatwo, ale jechałem już na dwie nawigacje. Udało się.
Po moim przejeździe ulicę dojazdową do f-my zastawili, bo do innej (takie tereny trochę przemysłowe) jakieś gabaryty dźwigiem ściągali. Jak to u mnie, znowu trochę czasu poleciało. Następnie to odb. z lotniska w Wiedniu przesyłki do Budapesztu do miejscowości Göd do szajsunga.
Pamiętacie jak mówił, że przerzut to jakieś 100 km. Okazało się, że to 330 km., no więc jakieś 5h jazdy. I teraz z lotniska wyjechałem ok. 14:10, a do (uwaga) 17:00 miał być rozładunek, bo to pilne. Mogli se śmigłowiec wynająć.
Ok, teraz tyle, bo nie mam czasu wszystkiego dokładnie opisywać, a inne zajęcia na st. mac, czekają.
Tyle udało mi się spisać z tego wyjazdu. Wgl myślałem, że mam to całe spisane, a to dopiero połowa i będę musiał z pamięci odtworzyć resztę, a przynajmniej się postarać, bo czasu już jest na styk, bo new praca na horyzoncie, a on się zbliża dość szybko.
Z bieżących spraw. Ten weekend niby 254 je na stacji. To niby, to był trochę w pt., jakieś 3h, po czym pojechał do laski i tyle go widzieli. Tzn. wiedziałem, że u niej nocuje, wczoraj na inprezkę, bo to czas imprezek u nastek, a dziś ma się pojawić po wyprane rzeczy i jedzie do interku. Czyli standard w tym wieku.
Rano w sob. ok. 06:00 wszedł na stację 172. W sumie dobrze, że o tej godz., bo później jeszczę mogę zasnąć, co też się wydarzyło. Ach te jego mięśnie. Po za tym ostatnio mniej przestałem się nim przejmować, jak na nim siedzę. On sam o się nie dba, to co ja mam się spinać, więc co raz bardziej rezygnuję z tego.
W południe 897 nas wyciągnął, bo robił rowerek dla swojego syna (ok. 8 lat) i nie zna się na rozwiązaniach i regulacji hamulcy, przeto z nim musiałem te hamulce w rowerku przeregulować, bo nie odbijały.
Później prace utrzymaniowe na st. mac. w tym zaległe np. osadzenie na hakach półeczki w kiblu, obok muszli, z której niezmiernie często korzystam, a która było dotychczasowo na śrubkach po pojemniku na papier toaletowy. Często na ten pojemnik kładłem rzeczy, bo pod ręką, w końcu zdecydowałem się zawiesić półeczkę znalezioną na śmietniku, jak jeszcze bytowałem na st. zwrotnej u 824.
Wieczór przy filmach z cda. Jeszcze, już chyba nie obrażony, 374 dostępu nam nie odjął to korzystamy.
Zdjęcia.

Miały być ręce od 172, to jest kolejna partia. Tym razem lewa.
I oczywiście nie wiecie, ale jak się chwyci, tak mocno i zgniecie, to czuć te mięśnie. No i ta piękna żyła na bicepsie.
W pt. jak był na stacji 254 to chwyciliśmy jego rękę i powiedziałem mu, że przewalił 2 lata, kiedy mógł się zająć swoimi rękami. Teraz już trochę pozamiatane. No cóż. On dostał to info dokładnie wytłumaczone. W jego wieku tego nie miałem. Więc on zwalił sprawę świadomie, ja działałem na nieświadomce. Może gdybym wiedział, to bym do tego podszedł inaczej.
Korekta jak zwykle, narka.