piątek, 28 sierpnia 2020
Piątek #1703
poniedziałek, 24 sierpnia 2020
Poniedziałek #1702
piątek, 21 sierpnia 2020
Piątek #1701
Sny. Pierwszy. W jakimś mieszkaniu, niby moim składałem meble. Z racji częstego przebywania na stacji 230, mózg do tego składania wybrał właśnie jego. Przyszło do składania łóżka, a mnie do gowy przyszły, jak drzewiej, zapasy. Jakoś do nich doszło po negocjacjach z nim i w końcu wyglebiłem na podłodze będąc na 230. Tzn. leżąc na nim. Początkowo się jeszcze ciepał i wiercił pode mną, ale z czasem zaprzestał leżał, a ja też zacząłem mniej agresywnie go przytrzymywać na podłodze w pozycji leżącej, a przeszedłem do głaskania go po rękach, bokach klaty. Jemu zaczęło się podobać i też położył ręce na moich bokach. Przesuwał je jakby nie był jeszcze do końca przekonany, że to to, tak nieśmiało. Już zaczęło się robić fajnie, bo mimo leżenia w koszulkach, on miał na sobie jasno brązową, i krótkie spodenki, ja też byłem w jakiejś koszulce, do pokoju wlazł 979 i już w drzwiach spytał:
- robicie?
Zasłaniały nas inne meble i nie widział nas na podłodze, tym bardziej mnie leżącego na nim. Od razu obróciłem się na bok, bo nie chciałem wstawać bezpośrednio z 230, trochę popełzłem w drugą stronę i wstałem:
- tak robimy, ale z tym łóżkiem jest coś nie tak.
Po czym 979 się obrócił i wyszedł. Od razu pomyślałem, spierdolił taką akcję.
Drugi sen. Dzwonek z pod wjazdowego. Idę pod wjazdowy, a tam ekipa młodych ludzi, no jakieś naście z jednym z wioskowych mega skurwieli. Pomyślałem, muszę im otworzyć, bo drzwi wypierdolą. Otwarłem drzwi i zaczęli się wsypywać do mieszkania, ale po kilku powiedziałem do następnych:
- ale Was nie znam, Wy na zewnątrz czekacie. Odwróciłem się i lazłem za tymi co już wleźli do środka, ale słyszę jeszcze ktoś wbiega, odwracam się, a tu zupełnie goły mięśniak, coś ok. 18 lat, z jedną ręką na organie, jakby walił konia i pyta się mnie gdzie może dokończyć. Ja w szoku jego widoku, tych mięśni napiętych, on trochę jakby skulony, bo dla niego sytuacja niezręczna, a wyglądał jakby go skądś spłoszyli. Na dole były dwie ubikacje, prowadzę go do nich, z myślą, zaraz pomogę mu dokończyć, bo z takimi mięśniami... Odwracam się, chcę chwycić za organ, ale on odsuwa biodra do tyłu, mówiąc:
- ja sam.
Otwieram pierwszą kabinę, zajęta, otwieram drugą, zajęta i myślę intensywnie gdzie się z nim podziać mimo tego, że powiedział - ja sam. Już myślałem nad tym, gdy z góry (mieszkanie zrobiło się nagle poziomowe) zaczęła ciec woda. Zastawiłem mięśniaka na dole, pobiegłem do góry, a tam w łazience jakiś koleś w wannie w ubraniach, wanna pełna wody, ta się wylewa z wanny, a on nie panuje nad sytuacją. Obok niego jakaś para, synek i laska zajęci totalnie rozmową nie zwracający uwagi na to co dzieje się obok. Pytam się:
- czemu nie zakręciliście wody?
- ktoś mu powiedział, że aby była ciepła musi co jakiś czas se odkręcić, ale za którymś razem zasnął.
Poszukałem jakiejś szmaty, wiadra i zacząłem zbierać wodę.
Cholerne przerwy między wierszami, po zmianie wyglądu bloga. Ostatnia akcja z zalaniem łazienki i spływającą woda po schodach, to mózg wziął z filmiku poniżej, który widziałem wczoraj. Akcja z 230 fajna, choć nie wiem czemu mózg zakończył to tak wczas. Fakt, że 230 trochę podmacuję, a on sam nie ma z tym problemu, ale czemu akurat wejście do pokoju 979? Nie wiem. Drugi koleś no name, to pewnie odpowiedź mózgu na typ wyglądowy, 100%-owy, ale beztwarzowy, bowiem na wiosce ostatnio ciężko o młodego mięśniaka takiego 100% wyglądowego. No takie mamy pokolenie.
(a to napisałem już wczoraj) Kolega podesłał mi taki filmik:
Obejrzałem go i kilka przemyśleń. Obieg głupoty w społeczeństwie, państwie. Otóż nie wiem dokładnie w jakim miejscu stoi dom, ale widać po ujęciu w 1'49, że dom jest postawiony na środku pływu wodnego. Woda wprost rozbija się od dom. Stojąc w tym miejscu, dom spełnia funkcję tamy. Widać różnicę poziomu wody przed domem i za domem to ok. 120 cm. Więc jedyna dobra decyzja jaką podjęto, to zrzut wody z tamy, czyli otwarcie drzwi, bo jeszcze bym im cały dom przesunęło, albo coś innego wkomponowało do środka.
Od razu przypomniały mi się domki postawione niedaleko wioski, w miejscu, w którym na wiosnę, po roztopach zawsze, podkreślam to, zawsze na wiosnę było jeziorko, a przed latem, nim woda się tam straciła, kumkały żaby. Na tym ujęciu widać, że dom stoi na wprost płynącej wody. I teraz wrócę do domków, 4-ch, postawionych niedaleko wioski, w miejscu corocznego bajora wody.
Demokracja ma to do siebie, w sumie to kapitalizm, że rozmywa odpowiedzialność. Kto odpowiada, za postawienie domków w miejscu corocznego jeziorka? Władze m-ta, które wydały zezwolenie na postawienie tam zabudowań? Developer, który kupił ziemię i nie sprawdził, co tam się działo przez ostatnie lata? Głupia tłuszcza, która je kupiła i też nie sprawdziła, co tam się wcześniej działo?
Po pierwszej większej burzy, bowiem skoro tam było od lat jeziorko, to woda spłynęła do tych domków zalewając je totalnie. Dla mnie i może dla innych mieszkańców, którym mózgi jeszcze pracują nic nowego. Być może w tych domkach, podobnie jak na w/w filmiku latały kobiety i co chwilę powtarzały: "ja pierdolę, ja pierdolę". Ale co to dało w danym momencie kiedy woda, płynęła jak od lat, w to samo miejsce. Co jakieś stękania, ujadania głupich ludzi miały dać? I teraz nawet jeżeli żądać odszkodowania, to od kogo? Od władz, które sprzedały teren pod zabudowę, choć powinny wiedzieć, na jakim terenie sprzedają grunt. Od developera, który teoretycznie też to powinien sprawdzić, ale dla zysku ma na to totalnie wypierdolone? W końcu czy sama głupia tłuszcza nie jest winna sobie samej?
Mało tego, bo na filmiku jest po burzy, ale wracając do domków k/ wioski, to skoro są to tereny zalewowe to jednocześnie podmokłe. Znaczy się woda tam stoi i to woda gruntowa. Ta ma do siebie to, że bez odpowiednich głębokich drenaży stoi sobie i nic sobie nie robi z tym, co chcą Ci na górze. O ile do zimy nie zejdzie jej poziom, to w zimie jak przyjdzie -15C przez np. 2 tyg. to ta sama woda gruntowa wypierdoli grunt do góry. I co się stało w domkach postawionych na tych terenach? Po pierwszej zimie ściany spękały, bowiem grunt pod wpływem wód gruntowych zaczął się podnosić. No i ponownie: I teraz nawet jeżeli żądać odszkodowania, to od kogo? Od władz, które sprzedały teren pod zabudowę, choć powinny wiedzieć, na jakim terenie sprzedają grunt. Od developera, który teoretycznie też to powinien sprawdzić, ale dla zysku ma na to totalnie wypierdolone? W końcu czy sama głupia tłuszcza nie jest winna sobie samej?
Jeszcze zatrzymajmy się na sformułowaniu "władz miasta". Tu też oczywiście działa kapitalizm, bo, czy to prezydent m-ta jest winien podpisując papiery, czy za-ca prez. m-ta, który też podpisuje papiery, naczelnik wydziału geodezji (ten powie, w papierach tego nie było), naczelnik wydziału inwestycji (powie - nie wiedziałem o żadnym jeziorku tam), naczelnik wydziału nieruchomości (ja odbieram budynki na stan, a nie teren za nim powstaną). I tak można by wyliczać, wyliczać i nikt nie jest winien, a z domkami, dwulatkami, czy trzylatkami już jest poważny problem.
Cytując tych, co w filmie mówili ciągle: "ja pierdolę", powtórzę "ja pierdole" w jakich zjebanych czasach przyszło nam żyć. Mózgi ludzi są totalnie wyłączone. Może w ferworze walki z wodą bym zapomniał o rozłączeniu instalacji elektrycznej od przyłącza, ale jak by mi ktoś zwrócił uwagę, dwukrotnie (w filmie 1'00 - 1'10), to od razu lezę, przedzieram się przez wodę, do wyłącznika głównego i wyłączam napięcie w instalacji chroniąc siebie i domowników. A na filmie..., "zostaw je" (mówi kiedyś tam mięśniak), pomacham se miotełką dalej. Olał sprawę sikiem prostym, a przecież woda nie "wybije" bezpiecznika, najwyżej po prostu dostaną jeszcze wiyncyj dreszczy emocjonalnych, ale to pewnie pryszcz przy tych związanych z wodą przelewającą się przez dom.
I tym optymistycznym akcentem żegnam się z Państwem.
Narka.
środa, 19 sierpnia 2020
Środa #1700
Uwaga! Notka na szybko, bez korekty, poprawiania itp. bo za chwilę znowu muszę wyjść, a chcę opisać pewne wydarzenia.
Otóż pisałem ostatnio o babci szczurzycy, która, jak to babcia ledwo sunęła, ale sunęła. Miała swoje dwa pkt. karmienia, bo przemieszczała się w kuchni między nimi. One są po przeciwnej stronie kuchni. Z racji bycia babcią rzadko ją widywałem, bo też rzadko wychodziła, ale jak już wyszła obserwowałem. Przy jej tylnej lewej nodze zaczął rosnąć guz. Co już kiedyś pisałem, z racji bycia babcią nie wiem czy się na operację nadawała, wiem nie jestem weterynarzem, ale np. żyrafka drugiej operacji nie przeżyła. Myślałem wtedy - trudno, będzie tak sunąć i może dożyje swoich dni. Niestety przedwczoraj zobaczyłem ją i guz urósł znacznie. Miała nawet problem wejść z nim na małą deskę (2 cm wysokości), którą od razu zlikwidowałem, jak już się na nią wtargała i poszła do norki. Wcześniej nie widziałem by miała taki problem, bym ją wcześniej usunął. Pozostały jej w zasadzie powierzchnie płaskie i trochę górek, nachyleń z tego co se tam kiedyś usypały, by dojść do norki. Jak zobaczyłem tego guza, to postanowiłem iść do weterynarza, ale wczoraj było tam stado ludzi, a zaglądałem o 12:30 i o 14:00, w których są teoretycznie największe pustki. Poszedłem dziś zobaczyć i okazało się, że jest luźniej, to wróciłem po babcię, zapakowałem ją do pojemnika nosidełka, do siatki, przykryłem ciemną szmatką, bo szczury lubią ciemno i polazłem.
To, niestety, była jej ostatnia podróż. Na miejscu okazało się, że guz jest duży i nie można go już operacyjnie usunąć, a też niewielki sens (nie wiem czy to dobre określenie) jest by dalej się z nim męczyła. Właściwie weterynarz podjął decyzję, nie sprzeciwiałem się o pozostawieniu jej w gabinecie weterynaryjnym.
Oczywiście jest mi smutno, ale, na szczęście, nie tak, jak odchodziły szczury, z którymi byłem emocjonalnie związany. Pozostały na st. mac. jeszcze dwie szczurzyce. Dwukropek, którą, nie wiem czy to dobre, oswajam i najmłodsza szczurzyca, w listopadzie będzie miała ok. 2 lata.
Likwidacji ulegnie 1 z 4-ch miejsc żywieniowych. Nie sądzę, by tam te dwie, co pozostały zaglądały. Do babci chodziły, nawet wczoraj jedna tam leciała, bo słyszałem, jak już wyglebiłem, więc to miejsce jeszcze utrzymam, ale drugie w kuchni za jakiś czas będzie posprzątane. Na grupie A, na której dwie pozostałe stacjonują są dwa miejsca żywieniowe utrzymywane cały czas. Już jak odeszły poprzednie, to pisałem, ze pozostały 3 szczury, a 4 msc. żywieniowe. Trochę dziwne, ale szczury lubią co jakiś czas zmieniać miejsce stacjonowania. Teraz pozostaną dwie i trzy miejsca żywieniowe.
Dwukropka oswajam jak ją karmię. Wychodzi z pod łóżka i wtedy ją delikatnie głaskam. Stopniowo co raz dłużej toleruje mój dotyk, wcześniej to po pierwszym kęsie uciekała od razu pod łóżko, teraz to nawet dwa, trzy zeżre i daje się głaskać. Reaguje na głos, to zresztą robiły wszystkie i wieczorem jak o nich zapomnę to czasem słysząc mnie, sama wyjdzie z pod łóżka i patrzy kiedy dam jej żarcie - ulubiony pasztet, bo suche lub jakieś warzywa to mają cały czas.
Oki, tyle, bo muszę wyjść, po pojemnik po niej, a zaraz po tym na st. mac. wbije 230, który już zapowiedział się z przyjazdem i chyba 979, bo nie wiem co ma w planach po robocie.
Bez zdjęcia, bo już nie mam na to czasu. Narka.
niedziela, 16 sierpnia 2020
Niedziela #1699
To już pkt. krytyczny. Notka po tygodniu i nie by się nic nie działo, ale w tygodniu ciągle jakieś składy na stacji, akurat w momencie jak chce mi się pisać. Rano jak wstanę to w procedurach rozruchowych rzadko znajduję czas na wpis.
Wczoraj w nocy rozmawialiśmy z 979 o życiu i różnych sprawach. Takich rozmów powinno być znacznie więcej, ale dobrze, że przynajmniej ta jedna wypadła. Ja byłem po spotkaniu z Tedem, wiec mi schodziło. Rozmowa o ostatnich wydarzeniach u niego, trochę więcej on gadał jak ja, ale nie chciałem go zagadywać, wszak tak rzadko mamy okoliczność nieskrępowanego rozmawiania, iż dobrze się stało. Co do życia, to poruszyłem temat czasu. Mijającego bieżąco, czyli bieżące zajęcia dnia, takie które często wykonujemy, pomagamy komuś znajomemu, bliskiemu, praca znajomi itp, ale też czas mijający latami. Co po roku dwu? Powiedziałem jak to u mnie wygląda, bo jednak jestem w całkiem innej fazie życia, więc ten czas ma inne znaczenie dla mnie niż dla niego. Rozmawiało się miło, bardzo przyjemnie, ale trza było kończyć, bo nadeszła 03:00 w nocy, a on mimo święta, rano pojechał niby lasce pomagać w new pracy. Co do święta, to kompletnie zapomniałem, że sobota i święto. Wybrałem się po śniadaniu do sklepu, a tu zamknięte. Pomyślałem wzięli urlop i poszedłem do następnego. Tam też zamknięte, co z tymi urlopami ich tak wzięło? Następny otwarty, ale pieczywa nie było. Poszedłem dalej, też zamknięte, nadto zdziwiło mnie, jak na sobotę, mało ilość ludzi na wiosce. Dopiero w ostatnim sklepem, też zamkniętym kapłem się, że przeca święto. No fajnie...
Plusem braku chleba jest schodzenie produktów, choć długoterminowych, to leżących i leżących na półkach. Teraz dwa dni na zmniejszenie ich zapasów.
W pn. pojechałem do 824. Zapomniałem, choć delikatnie wspominał o tym w poprzednim tyg. że chce jechać w dawne rodzinne strony. Na st. mac. oczywiście wstałem na godzinę przed wyjściem. Więc lekka panika, odchudzanie, szycie, procedury wyjściowe, zatowarowanie szczurów itp. i wyjście na autobus. Wreszcie było ciepło, dobiło do 32C. W autobusie otwarte wszystkie okna, na szczęście nie trafiłem na taki z klimą, choć kawałek przejechałem innym z klimą i... zimno w środku. Mają nasrane z tymi klimami. W drugim już bez, więc jechało się przyjemnie. Przyjechałem, wpierw pomyślałem - polazł do sklepu. Rozgościłem się, zacząłem robić śniadanie, bo na st. mac. nie zdążyłem i czynności dnia. Ale tak po 20 min go nie było i zacząłem myśleć, no przecież chyba pojechał. Napisałem sms-a do niego, zadzwonił, choć skłaniam się ku temu, że nie czytał sms-a, że własnie jest w połowie PL. No ok. Ponieważ u niego też mam pewne procedury w tym sprzątające, to wyjechałem tylko 20 min wcześniejszym autobusem. Co ciekawe, jak wieczorem zadzwonił, to mimo iż, posprzątałem widoczne rzeczy i trudno było nie zauważyć, to robił wrażenie, jakby tego w ogóle nie widział, choć raczej skłaniałbym się, że widział, ale mózg nie wyciągnął żadnych wniosków. W końcu w rozmowie jak powiedziałem, że byłem u niego, to takie: yyy, hhmmm, nnooo, jakby ta wiadomość totalnie go zaskoczyła i nie wiedział co ma odpowiedzieć. Dziwne doznanie z drugiej strony telefonu. Coś jakby powiedzieć - na dachu bloku obok wylądowali Marsjanie. Tak jakby nie wiedział, by podejść do okna i to sprawdzić. No cóż. Pisałem już kiedyś, u niego z mózgiem coś się dzieje, tzn. zaczynają pewne obwody wysiadać i to w niebezpiecznym tempie.
W tyg. oczywiście pojawiał się 172. Kiedyś przylazł w koszulce i mózg od razu to odebrał - teraz go możesz napierdalać. No i tak też się stało. Zawsze gorzej jest jak wejdzie na stację w klacie i tak ma odejść. Większość lata biega właśnie w klacie, jako jeden z nielicznych mięśniaków biegających w klatach.
W pt. pojechałem z żoną od 972 na badania do Katowic Kostuchny niedaleko dw. kolejowego (dawnego) taka sama nazwa. Jak ona poszła do lekarza, to od razu polazłem na dworzec i stację. Tam remont. Sam budynek zamurowany cegłami, by do niego nikt nie wszedł. Z dawnej stacji wielotorowej robi się obecnie stację z jednym torem głównym zasadniczym i trzema głównymi dodatkowymi. Z racji tego, wymontowane i leżące na torowiskach dawnych czterech torów głównych dodatkowych, które już nigdy nie będą działały, były rozjazdy pojedyncze i dwa pełne angliki. Zastanawiałem się jadąc tam, czy zabrać aparat i nie zabrałem, a szkoda, co stwierdziłem na miejscu. Co do rozjazdów, to od razu przyszła mi do gowy kopalnia i układ, który ratowałem. Otóż, mogłem złomiarzom dać brać te szyny, a czas poświęcony na ich zabezpieczanie poświęcić na załatwianie dalszych spr. papierkowych, nagłaśnianie sprawy. Teraz z takiej Kostuchny, pewnie jak by to już działało, to nie było by problemu z pozyskaniem, a następnie zorganizowaniem transportu elementów rozjazdów, podkładów itp. Źle to było zorganizowane, ale co zrobić jak do wszystkiego, co kiedyś tam pisałem, od sprzątaczki, do zarządzania całym projektem byłem sam.
Chodziłem po torach i oczywiście się relaksowałem, mózg chłonął otoczenie kolejowe. Nieczynne semafory, które już nigdy nie zaświecą i w miarę nowy szyny w torach głównych dodatkowych. Same rozjazdy np. angliki tez nie stare - rocznik 97, więc mało zużyte iglice, dzioby krzyżownic.
Zdjęcia nie moje, autora widać. To wjazd do K-ce Kostuchny od podg. Tyczy Czułów.
Po tych torach właśnie chodziłem. Już żaden skład towarowy po nich nie pojedzie.
Semafory jeszcze świecą, jak byłem to już wygaszone z przerwanymi obwodami elektrycznymi. O dawnej wielkości stacji niech świadczy wykorzystanie prawie całego alfabetu na semafory. Ostatni z lit. U.
Wjazd od strony stacji Mysłowice Wesoła, przy nastawni wykonawczej. Sama nastawnia pewnie pójdzie do likwidacji, a jej zadania już na rozjazdach przekładanych elektrycznie przejmie nastawnia dysponująca.
Na koniec jeszcze filmik z neta. Wyjazd do Mysłowic Wesołej, widok z nastawni wykonawczej.
Na filmiku widać, że niedawno były robione torowiska torów głównych dodatkowych, które dziś zostały już na stałe odcięte od sieci.
Tyle na dziś. Narka.
niedziela, 9 sierpnia 2020
Niedziela #1698
Był wczoraj 172. Wiem nic nowego, ale tym razem (UWAGA), był na flachę. Muszę to napisać na początku - było zajebiście!
Popęd seksualny tego potrzebował, mózg zresztą też. Wpierw był ok. 19:00 już pod wpływem i powiedział, że tym razem będzie na odwrót. To on przylezie już porobiony, a nie tak jak ostatnio, że to ja byłem porobiony, a on dołączył. Powiedział, jak wychodził ze stacji, że będzie za chwile, za jakieś 20 min. Jak to u niego, nie było go nawet o 21:00, to o 21:30 zacząłem sam biesiadę. 979 pojechał na urodziny brata, wcześniej z koleżanką przygotowując żarcie na st. mac.
Po 22:20 przylazł, a nie spodziewałem się go już. Zamknąłem st. mac. by żaden skład nie wszedł, ale o 22:50 (chyba) musiałem wpuścić 979. Stanął pod wjazdowym, bo zapomniał sałatek na imprezkę. Ponieważ się nie dostał do st. mac., to na głowicy wjazdowej już zaznaczył, że dalej nie wchodzi. Odszedł z sałatkami, a my zaczęlismy dalej łykać ze 172. Jeszcze robiłem trasę w tedeku, ale zastanawiałem się kończyć już, czy dojechać do końca. Wyszło na to drugie, bo nim alko zacznie działać, to akurat dojadę.
Jak dojechałem to alko już działało u mnie i u 172. Poszedłem do kuchni po coś, wracam a on już rozebrany z wszystkiego, wcześniej miał krótkie spodenki. Siedział na krześle przy komputerze. Wpierw go trochę głaskałem, ale popęd seksualny:
- co Ty odpierdalasz? Właź na niego.
No i tak zrobiłem. Rozebrałem się też i wszedłem od przodu, tak, że nogi miałem za podłokietnikami, bliżej oparcia i siadłem mu na brzuch. On się trochę zniżył tak, że był pod kątem 45 stopni. No idealnie. Siedziałem na nim, a czasami się wgniatałem w niego zapierając się o podłokietniki. Czasem przez myśl mi przechodziło ile to krzesło wytrzyma, szkoda by było, bo fajnie się na nim siedzi. Dwa razy mi taka myśl przeszła, ale za każdym razem włączał się popęd:
- zaś Cię pogieło? Zajmij się nim, a nie krzesłem.
Sobota wczoraj była ciepła, było 32C najwięcej, to też po całym dniu nagrzewania na st. mac. było w środku 26C. On zaczął się miło pocić, pojawił się poślizg, który zawsze był pożądany. Nie wiem czy pamiętacie, ale kiedyś w lecie mięśniaków, w tym 172 kładłem na gumolicie, polewałem trochę wodą i mydłem w płynie. Ach te doznania przy przesuwaniu i ściskaniu mocnym rękami mięśni. Wczoraj też się tak zrobiło na 172, ale naturalnie. Czasem przyciskałem go sobą do oparcia, przyciągałem się do oparcia mając ręce z tyłu oparcia i ciągnąc ciało z kutasem, który mu się wbijał do brzucha. Jego też był naprężony na maxa i czasem czułem go między pośladkami. Po takich przyciągnięciach luzowałem i zaczynałem go głaskać po klacie, barkach, co jakiś czas robiąc drobny spank. Wiłem się na nim jak wąż, on rękami czasem chwytał mnie za nogi.
Jak się tak do niego przyciskałem to w pewnym momencie zamuliło mnie w żołądku i niestety wyszedł spaw. Zacząłem się odkleszczać od niego. Ręką musiałem zasłonić usta i biec do kuchni, do najbliższego zlewu. Za fest naciskałem na brzuch.
Po opłukaniu ryja, zaś wlazłem na niego, zaklinowałem nogi o podłokietniki, on ułożył się pod kątem 45 stopni i powtórka. Od tych podłokietników, to uda bolą mnie do dziś, ale przecież jak siedziałem na nim to o tym nie myślałem. On nadal spocony, jeszcze chciałem napluć mu na klatę, ale nie miałem kompletnie śliny w ustach. Manewr ze spawem powtórzył się jeszcze dwa razy i to już było tyle. Za trzecim razem jak wróciłem, on położył się na brzuchu, tak że plecy były dostępne. Znak, kończymy na plecach.
Położyłem się na nim, tak że mój kutas umieścił się między jego pośladkami. Odnosiłem wrażenie, że mnie nawet kusi, bo ruszał dupą tak, jakby chciał zrobić mu więcej miejsca. Ale tu się pojawił problem. O ile popęd seksualny wcześniej wargolił, że trza się nim zająć, to teraz po spawaniu był przytłumiony przez mózg i czynności awaryjne, bo jednak akcja pod arsenałem (pod zlewem).
Tyle z nim już to robię, a tu jakieś niejednoznaczne znaki i nie wiedziałem jak odebrać. Podniosłem się z niego, siadłem mu na udach i ponieważ popęd się wolno włączał postanowiłem trochę pomasować mu rów kciukiem. Tym razem już spinał poślady - znak, to nie to. Jeszcze kilka klapsów na plecy i położyłem się ponownie. Jakoś na kutasa reagował inaczej, ale szybka analiza. Nie, nie dziś, mózg chciałby ponapierdalać go po plecach i to już. Podniosłem się znowu i siadłem na jego dupie, jednocześnie opierając ręce na jego łopatkach. Zacząłem trochu masażu, przechodzącego w coraz częstsze klapsy na łopatki. On przeczuwając, że to może być jak ostatnio, ręce ułożył pod kątem 90 stopni do tłowia. Zacząłem go po tej zmianie ułożenia z pięści na łopatki. Ponieważ mózg zapamiętał, że ostatnio nic nie mówił po, a w trakcie było tylko - rób, to tym razem bez jakiś zahamowań ciosy zaczęły padać na łopatki. Po którymś już zaczął się przyjemnie dla oka spinać. Naprężone mięśnie po ciosie powodowały chęć znowu mu przywalenia i tak się działo. Jego czasem aż dźwigało na rękach, wtedy naprężone, czerwone plecy wyglądały tak, że odlot dla mózgu.
O ile poprzednio robiłem jakieś przerwy w tym napierdalaniu go po plecach to tym razem, pamiętając brak sprzeciwu po poprzednim napierdalaniu nie przerywałem, nie dopytywałem się czy jest ok. Oczywiście nie waliłem głupio jak na niektórych filmikach porno, tylko z rozmysłem. Nie rownomiernie czasowo, w raz w lewą, raz w prawą łopatkę, czasem w lewą dwa razy, tak że nie wiedział, kiedy i w którą padnie cios. Oczywiście żadnego jęczenia czy głośnego stękania jak na porniolach, sztucznego wycia. Zaczerwienione plecy, spięte plecy po każdym uderzeniu przyprawiały prawie o omdlenie z wrażenia. Mózg dostawał wariacji, a popęd był już gotowy do sfinalizowania i tak się też stało. Piszę to i na samą myśl o wczoraj przypominają mi się widoki i pała ponownie mi stanęła. Ach te obrazy będą długo zapamiętane. Jak zlazłem z niego, to nic. Nic nie powiedział. Zaczął gadać o czymś tam innym, w ogóle nie poruszając kwestii tego co przed chwila zaszło. A przecież miał czerwone plecy i na pewno trochę, jak nie więcej obolałe.
Rano, była 10:00 przlazł po ładowarkę, bo zapomniał i zastanawiałem się jak się zapytać o wczoraj czy było dobrze. W końcu zapytałem się:
- nie przegiąłem wczoraj trochę
- ale z czym?
No to już wiedziałem, że nie ma co dalej drążyć.
Teraz kilka słów wyjaśnienia do tego co zaszło, a przynajmniej jak ja to widzę. Otóż, co już kiedyś gdzieś tam pisałem, mięśniaki-skurwiele wyrosły na napierdalaniu się w wiosce. Były inne czasy, rocznikowo ich było dużo, to też i wiyncyj konfliktów, mniej kasy, rozszady w drabince społecznej i okresowe walki między nimi. Teraz to odchodzi. Oczywiście dalej napierdalają się w wiosce, ale nie w takich ilościah, bo kloce siedzące przy kompach nie są zdolne do napierdalania się, a i rocznikowo jest ich znacznie mniej, życie jest bardziej dostanie itp.
Wracając do mięśniaków-skurwieli, to już 975 dawno temu powiedział mi, że bardziej mogę go napierdalać po plecach, bo są bardziej wytrzymałe. Teraz mięśniaki w ramach dorastania mniej się napierdalają, rynek się zmniejszył, część założyła rodziny, ustatkowała się, jednak chęć napierdalania się, bycia napierdalanym została. Pamiętacie film "Faith club" ("Podziemny krąg"). Przecież tam nie tylko chodziło o to, by napierdalać kogoś, ale również dla niektórych, by być napierdalanym. Może właśnie udało mi się wejść w sferę tej potrzeby bycia napierdalanym. Przecież, co też pisałem, każdy z nich chciał innej formy przemocy (męczenia, czy czegoś tam jeszcze). Musiałem wyczuć, co komu się podoba, co komu sprawia choć trochę przyjemności, trochę, więcej. Nie wiem, ale eksperymentowałem z nimi, a ze 172, jak widać dalej eksperymentuje.
Pewnie popęd znowu będzie naciskał, by zrobić z nim flachę. W sumie to dobrze, że spawałem. Napierdalając do po plecach już trochę wytrzeźwiałem, to też wiyncyj z tego pamiętam i (qrwa) pała mi stoi, jak se to przypominam.
Co tydzień mógłbym się z nim na flachę umawiać.
Teraz jeszcze jedno wyjaśnienie. Czemu te podwójne odstępy się robią jak walnę ENTER-em, nie wiem. Postaram się do do następnego razu opanować. Teraz mi się nie chce, bo piszę prawie na gorąco. Dobrze, że nie na czerwono, to se mogłem korekty zrobić.
sobota, 8 sierpnia 2020
Sobota #1697
poniedziałek, 3 sierpnia 2020
#1696
sobota, 1 sierpnia 2020
Sobota #1695
środa, 29 lipca 2020
Środa #1694
Dziś w gazetce darmowej, czytałem że rynek pracy nie uległ nagłemu załamaniu, tudzież nie przybyło znacznie bezrobotnych, o czym powiadomiła Pani ekspert.
Cholera, niech cofnę się trochę do swoich notek... i tu pisałem o tym, że żadnego szału na rynku pracy nie będzie, nie będąc w końcu ekspertem, ale co ja się tam znam...
Oczywiście Pani ekspert wypowiedziała się, że w dużej mierze przyczyną tak małego bezrobocia są środki unijne, które szeroko pozyskujemy dla dobra naszego społeczeństwa i aktywizujemy go.
Nic, powtarzam - nic, nie było o demografii. Tak, jakby naturalny czynnik nie był w ogóle odpowiedzialny i to on głównie, a nie jakieś środki unijne, za obecny stan rynku pracy.
To, że teraz mamy taki, a nie inny rynek pracy jest spowodowany w głównej mierze tym, że oni (bo to w końcu Ci sami u steru, tylko inaczej się nazywają) tak źle rządzili na przełomie stuleci, że teraz mamy tak dobrze, bo w biedzie dzieci rodzono po prostu znacznie mniej. I tyle w temacie. W linku wyżej do notki jest wykres demograficzny dla Katowic to można przejrzeć jak to wyglądało.
Jeszcze pozostańmy przy naturalnych sprawach. Obecnie już wiemy, że trzymanie gazów, nie puszczanie bąków, trzymanie pierdnięć jest niezdrowe. Nikt raczej nie daje leków na normalny poziom produkcji gazów w organizmie, bo jest to efekt uboczny trawienia pokarmu. Natomiast zaczyna się ingerować, by oczywiście wysysać znowu kasę, w inne sfery naturalnej produkcji wydzielin organizmu. I tak, ostatnio bardzo modne stają się antyprespiranty na pocenie się. Nie było by może tej notki, gdybym u 979 nie zauważył dziennego pryskania się chemią tylko dlatego, by spowolnić lub zatrzymać naturalne, prawidłowe działanie organizmu.
Otóż, bo może ktoś nie wie, że w lecie organizm jak potrzebuje się schłodzić, to się poci, w efekcie czego na powierzchni skóry jesteśmy lekko mokrzy lub przy wyższych temp. bardziej, a jak zawieje lekko wiaterek, co zresztą jest naturalne, że przemieszczają się masy powietrza, to czujemy na skórze uczucie chłodu. Czyli jakby to przedstawić w skrócie, leziemy szybko, bardzo szybko, jest ciepło (np. 34C) i nasz organizm grzeje się od środka od pracy mięśni, wytężonej pracy serca i innych narządów i chce się schłodzić, przeto produkuje pot, jako wydzielinę na zewnątrz ciała, niezbędną do schłodzenia się. Tak jak gazy musimy wydalić z siebie, bo nie możemy z nimi żyć, bo może się źle skończyć. I teraz nie dość, że wysysacze kasy z ciuchów poubierali nas, tylko po to by sprzedać, za absurdalną kasę np. markowe koszulki z łyżwą, trzema paskami, skaczącym kotem i innymi badziewiami, co już ograniczyło naturalne chłodzenie się organizmu (tu od razu napiszę, tak powinniśmy chodzić, jak kiedyś mięśniaki w wiosce w klatach), to jeszcze teraz wciska się znowu tłuszczy, że skoro nas poubierali, a my w tych ubraniach się nadmiernie pocimy, bo organizm nie ma się jak schłodzić, to spryskajcie się, bo to jest konieczne, by nie wytykali Was inni palcami, w sensie, że robią materiały reklamowe, w których wytykają naturalny proces organizmu, jako ten całkowicie zbyteczny (dla nich).
Pierwszy etap już dotarł do Afryki, bo już na filmikach na yt widzę, młodych Afrykańczyków ubranych w modne, polecane, zalecane..., koszulki, a następnym etapem będzie, podobnie jak nam, wciśnięcie sprajów, by to co dotychczas było naturalnie regulowane, poszło w pizdu w imię wysysania kasy od głupiego społeczeństwa.
Ja wczoraj chodziłem po miastach w klacie i miałem totalnie wyjebane na to co inni o tym myśleli. Organizm ma się schłodzić, opalić nabrać wit. D w rozsądnej ilości i tyle, a nie kisić się w ubraniach, bo tak chcą wysysacze kasy.
Pamiętacie historię pasty do zębów? Poszukajcie na necie i napiszcie co znaleźliście.
Wczoraj pojechałem z 834 do Czerwionki-Leszczyny, a właściwie do Leszczyn autobusem. Nudzi mu się w domu, to jakoś nakłonił mnie na ten wyjazd, w sumie to pojechałem dla niego, bo więcej bym zrobił może na st. mac., ale co zrobić, czasem trzeba się poświęcić. Na miejscu pokazał mi dworzec kolejowy, bo niby się tym trochę interesuje. To podobnie jak 374. Też się niby koleją interesuje, ale w mieszkaniu nie ma nic kolejowego i w zasadzie oprócz wiedzy, że wagon ma koła z metalu i jedzie po szynach więcej nie wie. Przy okazji, to 374 znowu ciągnie mnie nad może do Świnoujścia jak kiedyś, bo ostatnio jak był to nawijał o tym, ale od razu mu powiedziałem, co mam robić w tym poc. sunącym po prostych szynach, z nieotwieranymi oknami przez 10h? Potrzebuję kolei jak tu i taką mógłbym jechać nad morze. Nawet bym chciał..., bezwzględnie bym taką pojechał. A nasza, to niestety już szybka kolej dla przemieszczania się niewielkiej grupki ludzi, chodzi o przewozy na dalekie odległości, co innego dojazdy kolejkami aglomeracyjnymi do pracy.
Wiec odmówiłem 374 jazdy wyremontowanymi torami, po typowych stacjach czy stacyjkach, wagonem z klimą, niekoniecznie czyszczoną, bo oszczędności, źle ustawioną, bo ktoś jest z klubu morsów i trza by w lecie wziąć bluzę by nie zamarznąć w wagonie kolejowym. Nie, qrwa, dziękuję.
Ok. bo trza zabrać się za prace, bo lato już w połowie, a nawet za nią, to czas się kurczy.
sobota, 25 lipca 2020
Sobota #1692
Miałem o nich pisać z tydz. temu, ale w końcu się zabieram. Babcia jeszcze sunie, raz lepiej raz gorzej, pewnie zależy od dnia i czynników atmosferycznych, podobnie jak u nas. Niestety wczoraj, w ciągu dnia, jak było jasno, a poszła się napić, zauważyłem jednak u niej guza, przy prawej tylnej nodze lub za nią. Niestety jest za stara, by oddać ją na zabieg, bo podobnie jak żyrafka, może go nie przeżyć. Chodzi już tylko po powierzchniach płaskich, nigdzie się nie wspina, przeto wczoraj jak była na drugiej stronie kuchni, to pod szafką, pod którą przebywała z 2 tyg. (tzn. miała tam swoje gniazdo) zrobiłem porządek. Wcześniej porządkowałem właśnie druga stronę, na którą teraz zaczęła chodzić. Dobrze się złożyło, bo oba gniazda ma posprzątane. Nie wiem ile jeszcze pociągnie, na razie stworzyłem jak najlepsze warunki do bieżącego bytowania i w zasadzie tyle co mogę zrobić.
Pozostałe dwie szczurzyce, dwukropek i trochę młodsza od dwukropka, mają się dobrze, choć dwukropek też już wyłącza się z miejsc, wspinaczkowych. Jedynie najmłodsza jeszcze się wspina w pewne miejsca, ale zaczynam niektóre już sprzątać po nich, bowiem wiem, że już tam nie wejdą. Z wolna kończy się kolejny etap mojego życia, życia ze szczurami. Czy dobry? Na pewno wniósł nowe doświadczenia, dużo obserwacji zachowań szczurów ich przyzwyczajeń, relacji między nimi, między nimi, a mną (tych oswojonych).
No i dawno nie było na czerwono to teraz. Przyszedł wczoraj, bo dziś sobota, 172. Niestety tak się złożyło, że spotkanie z Tedem bylo już od 17:00 to też jak przylazł 172 o 20:00 to my już byliśmy pod wpływem. Ale skoro przylazł na flachę, na którą miał być już dawno, dawno temu, to czemu nie. Sorry, ale nie wiem czy dokończę, bo mnie już moży, może się uda. Przylazl i rozlewałem dalej, sobie mniej, bo ja już wstawiony, jemu więcej, bo jakby od nowa. Dobra wyglebiliśmy, mniejsza o to jak. Już wcześniej zajmowałem się jego mięśniami, głównie rąk, tym zajebistym bicepsem,, przedramieniem, barkami. Trochę go głaskałem, trochę uciskałem, mocno uciskałem tak by czuć te mięśnie pod swoimi palcami. W końcu wyglebiliśmy. Wpierw on się położył na plecach więc siadłem mu na brzuch, ale po jakimś czasie, to chyba minęło 20 min (nawet nie wiedziałem, że ten czas tak leci) stwierdził, że na plecy. Obrócił się, i zacząłem mu napierdalać po plecach. Kilka razy bastowałem i mówiłem mu, że jest mi głupio, że go tak napierdalam, a on (dokładnie jak 972) "rób" no to go napierdalałem po łopatkach tak, że aż rękami wywijał. Z jednej strony wydawało mi się - przeginam pałę, z drugiej - sam tego chce, niezależnie od tego co mówi. Ciosy leciały na łopatki, na mięśnie przy nich, on się spinał, plecy napinał, mięśnie sprężał ja dostawałem do mózgu, ale z wolna, bo łyknąłem, to też napierdalałem go dalej. On tylko ręce podwijał, widać było, że z bólu, ale nic nie mówił, oprócz tego wcześniej "rób". Oprócz ciosów z pięści na łopatki, były klapsy na plecy, które się zaczerwieniały. Nic nie stękał, tylko jak na tych porniolach, brał to na klatę. Mało tego dźwigał mnie na pośladkach, na których siedziałem i to było fajne uczucie. Tu mu przypierdaolam, tu mnie dźwiga na dupie. Jeszcze do tego tymi rękami zwijał się, jak mu przykurwiłem w plecy, no piekne. Mało tego. Już po wszystkim mówię mu, że mam kaca moralnego z powodu tego co zaszło. Usiłuję mu wytłumaczyć co to jest "kac moralny", ale chyba jak grochem o ścianę. I co se mam o tym myśleć? To jak z 972. Napierdala się go i w zasadzie jest ok. tylko o tym nie mówi. By nie było, to po wszystkim 172 mówi, że go napierdalają plecy, ale rano, czujecie, rano czyli za mniej więcej 8 h, wbije na kolejną flachę. Rozumiecie? Ja go napierdalam o 23:40, a on mi mówi, że rano wbije zrobić ze mną flachę, że by nie było jak dziś, tzn. ja z Tedem od ok. 17:00, to już o 21:00 byłem porobiony, to on rano wbije, byśmy byli jednakowo porobieni. Ze mną jest coś nie tak, czy z nim czy w ogóle jest ok, tylko mnie się zważyło zupełnie niepotrzebnie, a z tymi plecami, że go bolą to tak mówi, by zachować pozory.
Jak go głaskałem, ściskałem po bicepsach, przedramieniu to mnie się ważyło. Takie bicepsy w ręce, takie przedramię, te żyły na wierzchu, ta klata, bo oczywiście go szybko rozebrałem z koszulki, ten brzuch z 6-cio pakiem, no przecież odlot. On tego nie łonaczył, ale mój mózg z tego łonaczenia tych doznań dostawał do gowy. Się ważył, od bodźców odbieranych z doznań organoleptycznych. To też jak leżałem na nim, to wariacja, niestety po alko, ta wariacja była przedłużana, bo mózg chciał by sytuacja pozostała dożywotnio. No i co zrobić? No napierdalałem go po plecach, a on że przylezie rano na flachę. Nie no qrwa wysiadam.
Zdjęcie, hmm, chwila jakieś wciepnę by było.
Oczywiście - czerwone nie cenzurowane.
Narka.
wtorek, 21 lipca 2020
Wtorek #1691
W tych pięknych okolicznościach przyrody (jak na filmie "Rejs") przyszło mi jechać przez kolejne 20 min. Moja szyja została wyćwiczona, bo naprzemiennie miała lewo i prawoskręt.
Ale zasadniczo, widać przynajmniej w okolicznych miastach znaczny ubytek roczników 18-22. Jest ich na ulicach mało, tzn. wiem że same roczniki są bardzo małe, nadto jeszcze wakacje, to może część gdzieś wyjechała, tym bardziej takie widoki w autobusach są rzadkością. Zresztą przy moich preferencjach wyglądowych to już w ogóle. Jednak dojrzewanie, życie w wiosce wśród mięśniaków-skurwieli spowodowało podniesienie poprzeczki dość wysoko, dlatego pamiętam dobrze, choć to było jakieś 20 lat temu, jak byliśmy na objeździe rowerowym na Mazurach i wjechaliśmy do takiej wioski mięśniaków-skurwieli. Przetaczałem się tam chyba z 10 km/h, dostając wykrętu głowy i szyi, i oczopląsu od okolicznych widoków przyrody. To tak jak tu. Oni są w genach ładni, a że fluktuacja jest niewielka, to geny w wiosce zostają, przeto ciągle jest na co patrzeć, choć te roczniki małe, to trza polować i tu.
No dobra. U 824 standard. Już nie pamięta co mówił i powtarza to samo. Kurtuazyjnie nie mówię mu, że już to słyszałem 2x lub więcej. Niech opowiada. Działają u niego wykształcone od lat procedury, przeto ogarnia się (ach to dziwne i wieloznaczne słowo "ogarnia"). Chodzi o czynności dnia, tygodnia, miesiąca. Pamięta, że co miesiąc ma zrobić pranie, co tydzień posprzątać, co dziennie wyżywić, zakupić, obejrzeć na małym TV zwierzątka.
Patrzę na to i zastanawiam się jak ze mną będzie w jego wieku, czy w ogóle tyle dożyję. Trzeba pamiętać, że nie jestem z wioski mięśniaków-skurwieli, przeto moje geny nie są tak silne, wszak wprowadzili się tu rodzice, bo do znacznie większego jak w mieście i tak już tu zostałem. Ale to przecież 172, 174, 222, 224, 972, 973, 979 i inni są z tymi silnymi genami, tylko jakby dbali o się, to może pożyli by dłużej, jak ś.p. 971. Dla większości z nich lekarze, są - be, wiedza dzisiejsza medyczna jest - be, to co można poczytać w necie o przeróżnych dolegliwościach i jak je leczyć jest - be. Nie ma się więc co dziwić, iż mimo tak silnych genów zabiera ich po ziemię szybciej niż innych. Staram się w niektórych zaszczepić dbanie o się, ale to jak wołanie w puszczy. Nawet 979 nie da się wstawić na właściwe tory. W/g niego - to się rozłazi, to się samo zagoi, będzie dobrze...
No cóż, z takim podejściem nawet dzisiejsza medycyna niewiele wskóra, a ZUS-owi to jak najbardziej na rękę.
Na koniec zdjęcie, z jednej z imprezek z lokalnymi mięśniakami.
Ale jak przystało na imprezkę na wiosce, to tylko w klatach.
Narka.
piątek, 17 lipca 2020
Piątek #1690
- no poczęstuj się pączkiem
- no dobrze,
to i tak sięgnąłem po niego po kolejnych 10 min, by nie było żem taki pazerny. Pierwszy gryz i jak u Magdy G. chciałem go wypluć do chusteczki, ale nie miałem jej, nadto było by trochę niezręcznie. Po drugim gryzie dość łagodnie powiedziałem:
- one mają jakiś dziwny smak
- bo były robione na oleju,
pomyślałem na jakim qrwa oleju? Ogólnie były ohydne. Gorszych pączków w życiu nie żarłem. Kurtuazyjnie pochłonąłem tego jednego męcząc go przez kolejne 5 min. Jak wróciłem na st. mac. to jak w Pingwinach z Madagaskaru, jak król Julian, po zamianie ze Skiperem dostał rybę na śniadanie, to latał po bazie pingwinów i językiem wszystko ślinił krzycząc:
- zmyjcie ten smak z mojego języka!
Podobnie ja, jak wszedłem na st. mac. od razu musiałem zagryźć ten obrzydliwy smak innym intensywnym słodyczem.
W czasie pochłaniania tego pączka, żona mówi:
- 972 przywozi je całymi reklamówkami, a oni ich nie chcą jeść.
Tak jakby w ogóle nie wyczuwała tego ohydnego smaku. Może ma zdupione kubki smakowe i nie ogarnia. Może tak być, bo przecież, co wielokrotnie pisałem, żarcie od niej jest po prostu ohydne, nawet herbata jest do dupy.
No nic. U 972 rodzina zdekompletowana. był najmniejszy skurwiel, który, jak się okazało, będzie powtrzać (UWAGA!) pierwszą klasę podstawówki. No to była informacja dnia. Później się okazało, w rozmowie o tym z 979, że przecież 222, też powtarzał pierwszą klasę. Ale co się dziwić, kolejny z rodziny matki-Polki.
Przejrzałem program nauczania z maty i jest tam liczenie do 20. Okazało się, że mały skurwiel liczy tylko do 10-ciu, mało tego zjada 7-kę i u niego jest 5, 6, 8, 9, 10. No więc odpadł. Oczywiście matka-Polka, czyli żona od 972 nie siądzie z nim do lekcji, nie pomoże mu w tak prostych sprawach, tylko siedzi i stęka, że jej się nudzi, nadto ciągle upomina małego, by nie gadał, nie ruszał się, nie biegał, nie oddychał, a najlepiej nie żył, bo jej ciągle przeszkadza. Mało tego takie gadanie ma długofalowe oddziaływanie. 825, który jest starszy ode mnie, co jakiś czas powtarza, że rodzice mu tak ciągle mówili i po tylu latach nadal o tym pamieta, mimo iż oni są już b. starzy, w zasadzie zaczynają wymagać opieki, a tu teksty z lat jego młodości jakby żywe.
Nosz qrwa - zwierzogród i, to w sensie dosłownym jak i w przenośni. W domach, w których się ma nadwyżki kasy, zawsze jest coś co ją skutecznie wysysa. A to beznadziejne umowy na media, a to np. nadmiar zwierząt. No więc mają psa, królika, szczura, rybki w akwarium i ostatni nabytek - ptak w klatce. Ptak oczywiście w małej klatce. Mówię do żony:
- on ma mała tę klatkę
- bo nie lata
- no bo nie ma gdzie.
Oczywiście nie wiem czy ona zrozumiała związek przyczynowo-skutkowy, ale chyba nie.
W mieszkaniu był też drugi skurwiel. Nie poznałem go. Pisałem o nim, że ma geny po matce i jest gruby. Przywiozła go z Włocławka i jest chudy jak szczapa. Ponoć schudł 13 kg. Byłem w szoku, ale nie wiem jak to zrobił, bo niezręcznie było mi z nim gadać przy nich. Jeszcze by se pomyśleli. Ale faktycznie patrzałem na niego i zrobił się atrakcyjny. Dość mocno urósł, przegonił pierwszego małego skurwiela i to spowodowało też, że przy ubytku 13 kg i wydłużeniu się o naście centymetrów, dawny wygląd się zgubił.
Generalnie żenada to ich życie. To jest przykład jak przeżyć życie i nie mieć z niego nic. Po prostu bytują, zużywają tlen, nic nie wnoszą do społeczności, a nawet chyba na odwrót. Małe skurwiele będą podobne, bo przecież skąd będą miały wzorce. I teraz konstatacja do ostatnich wyborów prezydenckich. Oni akurat nie byli głosować, bo nawet nie wiedzieli by jak zachować się w lokalu wyborczym, przy kim postawić krzyżyk, mogło by to być niezrozumiałe, ale przecież jakaś część z takich ludzi jednak lezie głosować, szczególnie na wsiach, małych miasteczkach, gdzie presja jest większa. I jakim działaniom oni ulegają? Medialnym, bo przecież w internecie nic nie czytają, bo to za trudne, wyszukanie czegoś graniczy z cudem, to z kwadratowego pudełka sączy się do nich jedynie słuszna opcja, czyli wybór obecnie rządzących. Jak to zmienić? Chyba sytuacja patowa. Jesteśmy więc skazani na PO i PIS, bo oni niczego innego nie ogarną.
172 się odnalazł, wymówka czemu go nie było w pt. niby ktoś mu tam siedział w domu i go blokował. W sob. go nie było bo spał wieczorem, ale już mu nie mówiłem, że go widziałem na wiosce na kole, bo jechał. Nie to nie. To już ostatnia wyjebka, więcej ustalać flachy nie będę. Może na poprzednich razach za bardzo popłynąłem i zapamiętał, to może to pamięta i jednak nie chce powtarzać.
Czas na zdjęcia.
Pamiętacię tę czerwoną drezynę. Tu w Żaganiu z motorową (ta szara).
Tu jeszcze z jakimś hamulcem klockowym. Nie pamiętam, by był przy niej, może na potrzeby przejazdów okolicznościowych zamontowali na szybko, ale skuteczność tego klocka nikła, bo powinien być jak klocek do kół kolejowych wytoczony. Natomiast sama konstrukcja drezyny bardzo pancerna, wszak kilka lat w Chrzypsku Wielkim nimi grasowałem po torach.
Tyle, do zaś. Narka.
wtorek, 14 lipca 2020
Wtorek #1689
- no dobrze, możesz zabijać ich, ale mnie zostaw w spokoju, w zamian, że Cię nie zwiążę (choć miałem z tym poważne problemy)
Pierwszy obok, ładny młody branżowiec chycił mnie za lewą rękę swoją prawą ręką, ładną, jak ręka od 979, a ja swoją prawą ręką położyłem na jego przedramieniu i mocno ścisnąłem mówiąc:
- trza było do qrwy pomóc, a nie obżerać się. Teraz se radźcie sami
- jak mogłeś coś takiego zrobić
- jak mogliście mi nie pomóc.
Inna scenka. siedzę przy stole siedzą stare prukfy i imprezka dla geriatrionu. Siedzi facet, to najprawdopodobniej nasz były radny z wiochy i stare baby, nalewając im nieudolnie wino, z takiego dziwnego zbiorniczka, w którym od dołu trza były nacisnąć kulkę na sprężynce, by zaczęło się wylewać wino, a jak już to robił to je oblewał tym winem, ale one nie zważały na to, bowiem przedstawił im wizję nowej firmy. Otóż stworzy nową firmę jedyną świadczącą usługi dla budżetówki, nazwie ją jakoś, nawet padła ta szacowna nazwa, ale nie zapamiętałem, one oczywiście zasiądą w zarządzie i kasa będzie do nich płynąć szerokim strumieniem. Panie oczywiście mimo oblania ich przez wino były wniebowzięte, bo wizja przyszłej kasy niwelowała potrzeby wymiany sukienek.
Tak w ogóle to wczoraj chyba na albo money.pl, albo na businessinsider po wyborach wpadła mi wypowiedź, jakiejś babki. Od czego ona była nie pamiętam, mało tego dziś już tego nie mogłem znaleźć. Przykuło moją uwagę jak mówiła, że żona obecnego prezydenta była lepiej uczesana niż żona Trzaskowskiego i dlatego ten pierwszy miał pewnie więcej głosów niż ten drugi, bo ta druga miała taką fryzurę jakby ją dopiero co rozwiało, nie poukładane włosy i w ogóle wyglądała niedobrze, a przecież ma nas niby reprezentować.
Dobrze, że robię sobie przerwę w kolejnych wyborach, bowiem jeżeli społeczeństwo, a przynajmniej część tak postrzega wybory, że trzeba wybrać tego ładniejszego tą ładniejszą, to ja z tego odpadam.
Nikt, dosłownie nikt w kampanii, a przynajmniej nie słyszałem, nie zająknął się nad zasadnością bicia 1 i 2 groszówek, których wybicie dwa lata temu kosztowało 5 groszy. To nic, że przecież bezsensownie do tego dopłacamy, żeby następnie nawet na ulicy nie schylić się po te nominały. To nic, że przez pewien czas, warto je było zbierać, by oddać na złomowcu, bo więcej się za nie dostawało niż miały wartość nominalną.
Nikt się nie zająknął nad wielomilionowymi nietrafionymi inwestycjami za które nikogo nie osądzono. To już stało się normalne, że oni (w sensie rządzący) robią wałki, my im na to pozwalamy, mało tego wybieramy tych samych, by je nadal robili za naszą kasę. Przypomnę,że dzień wolności podatkowej przypada w tym roku na 10-06-2020. Więc oficjalnie pół roku dupimy na państwo, które naszą kasą sra na lewo i prawo, a część z tego prywatyzuje skutecznie od lat, dla, co raz większej ilości milionerów w PL.
I nikomu to nie przeszkadza. Są tylko puste hasła - kraj zasługuje na więcej, Wy zasługujecie na więcej (czego więcej? podatków), Dbamy o wasze dobro (tak jakby o swoje nie dbali bardziej) itp.
Wypisuję się z tego. Nie chcę się identyfikować z tymi, którzy generalnie stwierdzają, że jest przecież zajebiście. W ogóle nie przeszkadzało mi nie chodzenie na wybory przez ostatnie 20 lat, kolejne mogę też nie chodzić, chyba, że kiedyś będzie tak niska frekwencja, że wprowadzą obowiązkowe, ale jak widzę tłuszcza tłumnie na razie tam lezie, jak owieczki na rzeź, to szybko to się nie zmieni.
Zaległe sprawy.
W piątek byłem u 824 i u niego bez zmian. W lodówce jak zwykle spleśniałe produkty, wywaliłem 4-ry (już z ciemnoszarą pleśnią), reszty nie ruszałem, bo szkoda się denerwować. On sam później wywalił jeszcze biały ser, który już biały nie był. Jak on przeżywa na tym żarciu to nie wiem. Po co tyle kupuje od 10 lat, też nie wiem.
Pyta się mnie:
- czemu jak odbieram telefon, to automatycznie rozłącza połączenie.
By sprawdzić to nowe zjawisko dzwonie do niego i okazuje się, że "odbiera" na czerwonej słuchawce.
Mało tego, siada komputer, systemowo. Dawne XP już dożywają swoich dni, a nowsza 7-ka, też już ma się średnio, jest zawirusowana, a czy po odwirusowaniu powstanie - nie wiem. W takich warunkach (jego umysłowych) zainstalowanie nowego systemu operacyjnego spowoduje niemożność korzystania z kompa. Skoro opanowanie czerwonego przycisku na pilocie nie było do ogarnięcia, obecnie jest problem z odbiorem połączeń telefonicznych (też jeden przycisk), to co mówić o opanowaniu nowego systemu operacyjnego.
Na razie nic nie robię z systemami, nie odwirusowuję ich, choć teoretycznie powinienem, ale obawiam się, że jak one padną, to co dalej?
979 pojechał na kilka dni w góry. Przez kilka nocy spałem sam. To ciekawe doznanie, bowiem rzadko kiedy zasypiam sam na st. mac.
A no i zapomniałem. Przecież w piątek miał być 172. Mimo iż w ciągu dnia był jeszcze z 3x i za każdym razem pytałem czy będzie o 20:00, bo tą godz. sobie wyznaczył, to twierdził, że tak. Od piątku do dziś nie było go na st. mac. Co przy jego częstych wizytach ostatnio jest dziwne, ale na razie nie znam przyczyny, choć w sobotę wieczorem widziałem go nieopodal st. mac. Może i stanął pod wjazdowym, ale w sob. w ogóle była dziwna sytuacja. Oprócz tego, że padało mniej lub bardziej intensywnie od rana do 19:00, to w piątek wyglebiłem późno, przeto wyłączyłem dzwonek obok wjazdowego. Załączyłem go dopiero w nd. kiedy 844 stanął pod wjazdowym i nawiązał łączność telefoniczną. Dopiero wtedy się kapłem, że włącznik sygnału dźwiękowego wyłączony.
Mimo tego 172 ma przecież tel. to jakby chciał to by się skomunikował.
No i wizytę niedzielną u 972 opiszę kiedy indziej, bo pracy sporo, więc trza się za nią zabrać.
A to jeszcze semafory wyjazdowe 6-cio komorowe na st. Tarnów Główny Osobowy, w kierunku Dębicy i dalej Rzeszowa. Dziś takie 6-cio komorowce już trudno znaleźć.
Trochę inne ujęcie tych samych semaforów. Sem H6 z tory przy peronie pierwszym dawał wyjazdy.j Głowice stare, ale już wskaźniki W24 dali nowe.
Tyle, do zaś.
piątek, 10 lipca 2020
Piątek #1688
979 pojechał w góry. Teoretycznie miałem tam też jechać, ale szczury, jedzie tam też 815, a po ostatnich dyskusjach z nią, powiedziałem wprost 979, że nie chcę się wdawać z nią w większe dyskusje, a jadąc tam ekipą to będzie nieuniknione, to zrezygnowałem.
Wobec tego, że pojechał 979 i na stacji mac. zostałem sam, to wczoraj po przyjeździe od 824 (o tym w osobnej notce) spotkanie z Tedem, oczywiście po przerobieniu bieżącego ruchu na stacji. Przypuszczałem, a nawet wiedziałem, że wbije 172, a mnie po spotkaniu z Tedem puszcza wodza fantazji. 172 był nawet wcześniej (ok. 23:00), ale zaś ta gra kolejowa i powiedziałem mu by przylazł po północy, bowiem jadę długi RJ, mam 60 min opóźnienia i chcę dojechać do końca.
Ostatecznie miałem chyba 75 min opóźnienia na dojściu. W każdym razie jak jechałem już te ostatnie stacje to był już 172. Tylko co dojechałem, pożegnałem się zabrałem się za 172. Wpierw pozycja na podłodze, ale jakoś tak niewygodnie mi się na nim siedziało. Przeniosłem go na pufy. Tu się ułożył, do fotela za jego głową przywiązałem mu ręce i położyłem się ponownie na nim. Ponieważ nie tak, jak ostatnio, kiedy na chwilę wpadł z budowy, był czas, to gra wstępna została przeprowadzona. Lizałem go po szyi, w zasadzie śliniłem. Ocierałem się o tą szyję, z lewa, z prawo, w zależności od tego którą stronę chciałem warami masować, to przekręcałem mu głowę, trzmając ją w rękach. Warami jeździłem po jego górnej części klaty. Nie śpieszyłem się, był czas. Jemu organ zaczął się dość szybko budzić mnie też. On na swoim jeszcze trochę i by mnie podniósł, ja swój prawie wbijałem w jego, albo brzuch, albo między nogi kiedy się zsuwałem niżej, by lizać jego klatę. Ściskałem jego bicepsy, przedramię, barki. Ach, mózg dostawał wiariacji, a tym razem na szczęście się nie zawieszał. Ostatnio znowu miał zwiechę, na myśl, że - ja, z moim wyglądem, na takim skurwielu i tyle można robić? Nie wytrzymał i się od rozkminy nad tym zablokował.
Tym razem było dobrze, spotkanie z Tedem zablokowało blokadę z powodu j/w. Po grze wstępnej siadłem na nim i spank na klatę, ale jakby to było i mózg chciał czegoś nowego. Obróciłem się, siadłem na jego górnej części klaty, tak że jego broda była między moimi pośladkami i spank na brzuch, ale to też było, mimo iż jego dwudniowa broda między moimi pośladkami zawsze przyjemnie lekko drapie. Mózg kombinował co by tu nowego wymyślić. Nieśmiało zabrał się do jego nóg. Oczywiście nogi też u niego ładnie umięśnione - czterogłowy uda, łydka - piękna. Jeszcze raz się obróciłem i siadłem mu na brzuch i spank na klatę, ale mózg dalej poszukiwał. Zaś się obróciłem, znowu na brzuch, ale mózg ciągnął do nóg. Po dwu zmianach zapytałem się go, czy to za długo nie trwa, ale on coś pomamrotał w stylu jak to mówił 972 - rób (tylko u 972 to brzmiało prawie jak nakaz). Ja byłem po spotkaniu z Tedem, on nie więc nie chciałem przeginać. Przegięcie to może być dziś, jak obaj będziemy po spotkaniu z Tedem.
W końcu zsunąłem się klaty, siadłem na brzuch, przed sobą miałem jego organ z jajami, który trochę masowałem, ale i tak pała mu tak stała, że można by było nią szybę wybić. W końcu zacząłem spank na lewe udo. Po krótkim czasie widziałem po każdym uderzeniu, że napinał mięśnie obu nóg, lewej zwłaszcza. Jeszcze trochę i po każdym uderzeniu spinał mu się brzuch na którym siedziałem. To zaczęło mnie podniecać i to nieoczekiwanie mocno, to też udo stało się dalszą ofiarą, ale nie trwało to długo. Może dlatego, że coś nowego i do tego taka, przyjemna dla mnie, jego reakcja. Coś jak kiedyś nabiłem od tyłu 977, i choć to lata temu było, pamiętam dobrze do dziś, prawie leżałem na nim wsparty lewym łokciem na jego lewej łopatce. On część dolną miał na łóżku, a górna wsparta była na łokciach na podłodze. Na prawą łopatkę poleciał spank. Po jakimś czasie zaczął się po każdym uderzeniu wić pode mną... Bardzo szybko wtedy doszedłem, coś jak wczoraj.
Ja to wiem, że czasem krótkie, acz intensywne pomęczenie mięśniaków jest lepsze jak długie i lekkie, ale wzbraniam się często przed tymi krótkimi męczeniami ich, choć czasami, jak np. 975, czy 973 sami drażnili mnie by ich krótko, acz intensywnie dojechać.
Dobra, tyle. Następna notka w przygotowaniu, ale ze względu na wydarzenia dzisiejszej nocy, została odstawiona na boczny tor. Teraz muszę jechać po flachę, by popo lub wieczorem zasiąść do spotkania ze 172, jeżeli dojdzie do skutku, bo z nim nigdy nie wiadomo.
Narka.





